Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ZIMA. Pokaż wszystkie posty

Hey Penny!

 27 stycznia, dołączyła do nas mała, puchata kulka szczęścia. Penny. 


Jest najsłodszym piesiem pod słońcem. Mega przytulaśnym, radosnym i coraz bardziej szalonym. Dla równowagi, sika po kątach i zostawia śmierdzące niespodzianki. Gryzie wszystko co jej stanie na drodze. I chociaż ma tylko 3 miesiące, jak się ją ładnie poprosi, to i usiądzie i poda łapkę. Czasami nawet dwie. Na raz. Spacery na siku, są spacerami tylko i wyłącznie na siku. Każdy krok dalej od domu i zaczynają się dramaty. Piszczy jak opętana, a nauczona które drzwi, to nasze drzwi, zasuwa do domu jakby goniło ją stado wilków. 

Uwielbia inne pieski, nawet te olbrzymie. Wtedy zastyga w bezruchu, kładzie się i czeka żeby ją obwąchały a może nawet i polizały. Ale nie daj Bóg, żeby zaszczekały, wtedy robi w tył zwrot i jest panika. Jestem niemalże pewna, że psu się wydaje, że wszyscy obcy ludzie są i czekają właśnie na nią. Żeby ją głaskać, adorować, robić przeciągłe awww albo look at you

I w tym momencie spacery są dłuższe niż byśmy chcieli. Wszyscy pytają o wiek, imię i czy będzie większa, niż jest teraz. Pisząc wszyscy, mam na myśli wszystkich. Oni się zatrzymują, a Penny leci jak zaczarowana, po kolejne przytulasy i głaski. Trzeba było kupić bulteriera, nikt by się nie ośmielił podejść. Tymczasem zastanawiam się nad tabliczką, którą umocujemy na grzbiecie tego sprzedajnego psa: My name is Penny, I am 3 months old. I won't be much bigger than I am now. Może to by wystarczyło, a my wrócilibyśmy do rozmów na spacerach. 

Ta puchata kulka, to najlepsze, co mogło nam się przytrafić w tych mało radosnych, pandemicznych czasach. 









Zaległe smaczki z Kopenhagi. Market TorvehallerneKBH

Na początku roku chciałam zrobić wpis o minionym, 2019. Że dużo się zmieniło, ja dużo zmieniłam. Z takiego typowego couch potato, kiedy na samą myśl o aktywności fizycznej robiło mi się słabo, przetransformowałam się w kogoś, komu micha się cieszy jak po 40 minutach ćwiczeń pot spływa po tyłku. To jest szok. Widzieliśmy mnóstwo nowych miejsc, powitaliśmy na tym świecie najmłodszego członka naszej rodziny, ilość wypadów do Polski, choć krótkich, była solidna, cieszyliśmy się bardzo. Na koniec roku świąteczna Kopenhaga i powrót do dzieciństwa wśród karuzel i migających światełek.

Ten post nigdy nie ujrzał światła dziennego, bo nie było czasu, nie było siły na siedzenie przed komputerem, bo ciągle w biegu. I tak sobie myślę, że jakby mi ktoś powiedział co się będzie działo w tym roku, to bym pomyślała, że to super scenariusz na film SF, ale to się raczej w realu nie wydarzy. I w tym momencie mamy klops, bo to się właśnie dzieje. I wszystkie zaplanowane mini wycieczki poszły w niepamięć, pod znakiem zapytania stoją wakacje, nie wiadomo co ze szkołą i pracą. Właściwie jedyne co wiadomo to to, że musimy zostać w domu. Więc zostajemy.

Zanim nastaną w końcu dobre czasy na poznawanie nowych miejsc i na tworzenie nowych wspomnień, wrzucę kilka tych, co zostały jeszcze z 2019 roku. To zdjęcia, które zdecydowanie za długo leżały na dysku.

Zacznę wspomnianą przed chwilą Kopenhagą. Zdjęcia były robione na chyba najpopularniejszym markecie w mieście. I choć było nieprzyzwoicie zimno, to była wyjątkowa przyjemność poszwendać się między idealnie wyglądającymi sklepikami i straganami. Ilość warzyw i przepięknych kwiatów była powalająca. Serio, gdybyśmy tam mieszkali, mój portfel by płakał, a Kuba by się ze mną rozwiódł za przepuszczanie kasy na chabazie i wymyślne żarcie. Tak by było.

No więc poudawajmy trochę, że jesteśmy na zakupach i to wszystko będzie nasze.







































Zimowa Kopenhaga, grudzień 2019

Kopenhaga chyba nigdy mi się nie znudzi. Byłam już drugi raz i chciałabym kolejny. Zdecydowanie na dłużej, ale już raczej w cieplejszej porze roku. Będę to powtarzać do znudzenia, ale zmarzłyśmy tak jak nie pamiętam kiedy, okrutnie, do szpiku kości. Serio, nie pamiętam kiedy tak mnie złapało. I mimo, że z "ostatniej Hiszpanii" wróciłam poparzona słońcem, to i tak wole to skandynawskie zimno. Generalnie każde zimno. I serio chciałabym teraz zawyć weźcie mnie na koło podbiegunoweee! ale byłaby to lekka przesada, bo limit na tripy tu i tam się wyczerpał. Ten rok był pełen pięknych miejsc, nieoczekiwanych wyjazdów i wycieczek. Tych mniejszych i  tych większych, oraz zapierających dech w piersiach widoków. 


Dzisiaj kilka obrazków z Kopenhagi. Kopenhagi pachnącej grzanym winem z rodzynkami i świecącymi serduszkami rozwieszonymi nad deptakiem w centrum miasta. Kolorowy Port Nyhavn (więcej o pocie tu KLIK) i miasto w grudniowy wieczór. Oblane złotem na każdym rogu. Fajnie sobie powspominać, siedząc pod kocem z ciepłą herbatą. 

























































Tak patrzę na te zdjęcia i myślę sobie, że Kopenhaga ma kolor cynamonu. Elewacje budynków i dachy, wypisz wymaluj!