Pokazywanie postów oznaczonych etykietą W DOMU POD CHMURKĄ. Pokaż wszystkie posty

Przepis na najlepsze scones na świecie #kwiecieńwkwarantannie

Te scones, to długa historia. Zanim przyjechaliśmy do Irlandii, próbowałam je zrobić w Polsce. Wyszły mi twarde jak kamienie i wcale niesmaczne. Po wielu latach na wyspie, pierwszego scone spróbowałam w Avoce, słynnym irlandzkim sklepie&restauracji. Był idealny i z moim kamieniem nie łączyło go zupełnie nic. Ten, rozpadał się w rękach, był miekki ale nie zbity w środku z kawałkami gruszki a skórka krucha i obsypana hojnie płatkami migdałów. Idealny. Buszowałam w Internecie, żeby znaleźć przepis na nie i nic, zero. Były scones z Avoca, ale inne, a ja chciałam te, konkretne. I podczas którejś wizyty, zaczęłam wertować wydane przez nich książki kucharskie. I trafiłam, mogę je sobie zrobić sama, a umiejętności kucharskich nie trzeba mieć żadnych. Serio.


Najważniejszym i kluczowym elementem jest wyrabianie ciasta, którego nie można wyrabiać. Musi być dość suche i sypkie, w żadnym wypadku przypominające ciasto kruche. Powinno dac się uformować w centymetrowy "placek" z którego będziemy wykrawać scones. Tak jak na zdjęciu poniżej.


Scones przed pieczeniem mają wyraźną, mieszaną strukturę i efektem tego będą kruche, pyszne bułeczki. W większości przepisów składnikiem spulchniającym jest soda oczyszczona. W moim jej nie ma, jest za to proszek do pieczenia, odpada więc charakterystyczny posmak sodowy. Mi on nie przeszkadza, lubię obydwie wersje, ale wiem że znajdą się tutaj zagorzali przeciwnicy sody. 




A żeby było tak bardziej po irlandzku, to najlepiej smakują ciepłe, posmarowane solonym masłem, ulubionym dżemem i bitą śmietaną. Brzmi jak bomba kaloryczna i trochę tak jest, no ale nikt nam nie każe jeść ich codziennie. No chyba, że się bardzo chce :)
Aaa! zapomniałam (chociaż dla mnie to too much) o herbacie z mlekiem. To dopiero będzie dopełnienie podwieczorku po irlandzku. Albo śniadania czy lunchu. W zasadzie każda pora jest dobra na scona. To co, smacznego?





Balkoning w czasie pandemii #kwiecieńwkwarantannie

Okazało się, że 15 kwietnia mamy latko. To nic, że na balkonie.
Jeszcze będzie na plaży.
Jeszcze będzie.



Życie i rozrywka w czasach zarazy, wersja irlandzka. Tym razem bez Netflixa. Da się, serio.

No dobra. Siedzimy w domu, uspokaja mnie to, że nie musimy iść do ludzi i przebywać wśród nich. Naprawdę się cieszymy. Jest dobrze. 

Kiedy jeszcze trzy tygodnie temu musiałam iść do pracy i spotykać się z mnóstwem przypadkowych osób, które mówiąc oględnie nie stresowały się za bardzo obecną sytuacją, przyprawiało mnie to o dreszcze. Tak było na początku rozprzestrzeniania się wirusa, tu u nas w Irlandii. Później robiło się coraz gorzej i o tyle, ile kiedyś kwestia kultury osobistej i kichania w przestrzeń zamiast chusteczkę/łokieć powodowało u mnie krzywienie się i wzdychanie do nieba, to aktualnie robi mi się konkretnie słabo. Temat trzymania dystansu na ulicach, w sklepach, kawiarniach to kupa śmiechu z przewagą kupy. Ludzie mają najzwyczajniej w świecie wyjebane. Nie będę przepraszać za słowa, bo ja tu mogę sobie pisać co chcę, a ilość bluzgów, które byłam w stanie wyartykułować przez ostatnie trzy tygodnie, jest imponująca. Bluzgi szły w parze ze łzami i trzęsącymi się rękami. Serio, nic mnie tak nie wytrąciło z równowagi, jak głupota ludzka w czystej postaci. Arogancja, egoizm i obojętność. Brak szacunku do siebie nawzajem. Tu można wymieniać i wymieniać. Dopiero po wprowadzeniu konkretnych działań, jak ilość ludzi, która w tym samym czasie może wejść do sklepu (taki ruch wahadłowy), jak kolejka przed sklepem, gdzie na ziemi są zaznaczone odległości pomiędzy czekającymi, ludzie zaczynają widzieć. Jedni widzą, że oho to chyba na serio, ale są też tacy, co widzą w tym tylko i wyłącznie wydziwianie. Takich ograniczeń, które są lajfsejwerami jest całkiem sporo. I bardzo dobrze. I zajebiście. Ale kuźwa, ludzie ogarnijcie się. Ja rozumiem kolejkę do Tesco, ale kolejkę po kawę, albo restauracji, żeby sobie siedzieć jakby nigdy nic, to już nie. 

Sobota, trzy dni przed 17 marca, dniem Św. Patryka. Było już grubo, termin self isolation i social distansing niby był znany każdemu, ale raczej tylko w teorii. Zdjęcia z Temple Bar były idealnym przykładem na to, że Irlandczycy/turyści/ktokolwiek tam był, mają głęboko w dupie temat wirusa. Dla przypomnienia, kilka dni wcześniej WHO uznało ilość zarażeń na COVID-19 za pandemię. No i co z tego. Oni się piwa w pubie muszą napić. I co im zrobicie, no co?! Zdjęcia z kamer monitoringu miejskiego pokazywały regularną biesiadę. Następnego dnia, w niedzielę, rząd nakazuje zamknąć dystrykt Temple Bar i wszystkie puby. To co się działo poprzedniego wieczoru, było żenująco przerażające. Jak było widać, mało kto wyciągnął naukę z rozwoju sytuacji we Włoszech.  

Stety niestety jesteśmy zdani na siebie. Żyliśmy, żyjemy i będziemy żyć wśród ludzi. Bo nie wyprodukujemy sobie sami mąki, nie uleczymy się jak zachorujemy, nie będziemy mieli za co żyć, jeśli nie będziemy pracować a tym samym przebywać wśród ludzi. Więc jeśli taka prosta czynność jak social distansing czy self-quarantine są tak ciężkie do przestrzegania, zrozumienie wagi tak prostych czynności jest mega ciężkie do opanowania, zaczynam się bać o ludzkość. Co poszło nie tak i w którym momencie? Nie chcę żyć wśród ludzi, których ignorancja jest tak olbrzymia, że nie do pojęcia. A przecież oczekiwane od nas zachowania to nie fizyka kwantowa lub przygotowania do lotu w kosmos.
Tylko kurwa siedzenie w domu.
Czy to na prawdę tak wiele? 

Ja na prawdę nie miałam o tym pisać. Prawie dwa tygodnie temu odpuściłam i stawiając na szali moje zdrowie psychiczne i pracę, wybrałam to pierwsze. Ilość informacji, jaka zalewała moją głowę była tak obezwładniająca, że już zaczęło się przelewać. Dopuszczam do siebie teraz tylko tyle, ile chcę. Całą resztę kontroluje Kuba. Nareszcie złapałam oddech i balans. Dlatego to co powyższe, traktuje, jak zamknięcie mojego wielkiego żalu i stresu.

Ale czasami to self isolation tak wchodzi mocno, że ryje banie i zaczyna się robić całkiem nieprzyjemnie. Ja nie narzekam, bo ciągle staramy się szukać przyjemności i zajęć. A najważniejsze to przecież bezpieczeństwo i szacunek do innych. Więc w momencie, kiedy chcemy wyjść z domu bez ważnego powodu i nie mamy pewność, że na swojej drodze spotkamy ludzi to sobie darujmy. I to chyba wszyscy wiemy, co nie? Po raz kolejny, doceniamy posiadanie samochodu. Bo wsiadamy i nie wysiadamy jeśli nie mamy pewności, że będziemy mieć przestrzeń wokół siebie i zero ludzi. Okazuje się, że trzeba się trochę natrudzić, ale jest to możliwe. I to było cudowne uczucie, chyba nigdy nie doceniłam wyjścia na plażę tak mocno, jak tydzień temu, w poniedziałek.




Pisząc ten tekst dzisiaj, sytuacja zmieniła się diametralnie. Od północy 27 marca Irlandia zamknęła granice. Z domu można wychodzić tylko wtedy, kiedy wychodzi się do pracy lub do lekarza i po recepty. Zakupy i chwila ruchu dla ćwiczących na świeżym powietrzu mają się odbywać w promieniu 2 kilometrów od domu. Plaże są zamknięte, w zasadzie wszystko jest zamknięte. Osoby powyżej 70 roku życia mają całkowity zakaz wychodzenia z domu. Na potrzeby tej wyjątkowej sytuacji, powstała nawet specjalna strona 2kmfromhome.com, na której już po samym wejściu i zezwoleniu na wykrycie naszej lokalizacji, wyświetlają się granice naszego dwukilometrowego obszaru, po którym możemy się poruszać. No wydaje mi się, że dosadniej już nie można.

Ale trzymajmy się tego, że siedzimy w domu. Nie mamy Netflixa, ale mamy internet. A w internecie jest YouTube. I o tyle ile kiedyś, dawno kojarzył mi się jedynie z teledyskami, a później z dzieciakami, które pokazują jak grać w gry, to od jakiegoś czasu można tam znaleźć mega przyzwoitą treść. Trzeba tylko trochę się przekopać, ale bez kitu, warto. Wciąga, a co najlepsze nie trzeba płacić za niego abonamentu. No to teraz moja lista osobista. 


Pierwszy od góry. Radek Kotarski i Polimaty. Jest dużo informacji, ciekawostek, heheszek również a wszystko w bardzo przystępnej formie. Polecam zobaczyć ostatni film o Koronawirusie.

Poniżej, Krzysztof Gonciarz. Większości, nie trzeba go przedstawiać. Mega jakość, polecam.

Arlena Witt i Po cudzemu. Tak się uczyć angielskiego, to chciał by każdy. Ale nic nie stoi na przeszkodzie, wystarczy włączyć YouTube. Są śmieszki, wstawki z seriali, dużo powtórzeń i szybko się zapamiętuje. Ja bardzo lubię!

Last but not least - Kasia Gandor. To jest proszę państwa mózg. Tu jest tylko rzetelny content. Nie ma durnot, można się wiele nauczyć i przede wszystkim wszystko zrozumieć. Nie będę nic więcej pisać, włączcie chociaż jeden film, na próbę. Nie pożałujecie.

Pierwsza od góry, Kasia Lisiak i Pan Lis. Kasia rysuje, ma swój sklep gdzie sprzedaje to co narysuje. Ma dobre serduszko i wielką miłość do swojego pomocnika Logana. Logan to ten w zamszowej kurtce w logo kanału na YouTube. Przystojny, nie? Oprócz sklepu, Kasia ma właśnie kanał na yt, na którym jest zdecydowanie za mało filmów, ale za to te, które są, to jest sztos. Można płakać ze śmiechu, ze wzruszenia, jest normalnie, ale w żadnym wypadku nudno. I to Kasi mieszkanie ♥ mogłabym pomieszkać :)

Drugi na prawo to moi ulubieńcy ulubieńców. Ola i Karol z Busem przez Świat. W sumie nie wiem od czego zacząć. Więc proponuję, żeby włączyć najpierw to KLIK. A następnie zacząć od Podróży przez trzy Ameryki. Ja się zakochałam i też tak chcę. Pamiętam, że w trakcie oglądania vlogów z drogi 66 sprawdzaliśmy z Kubą ceny wynajmu kamperów w USA. Serio, kiedyś to zrobimy. A, bo nie napisałam w końcu. Ola i Karol to podróżnicy, a ich domem na podróże jest kolorowy bus. How cool is that? Z całego serca polecam, można przepaść.

Na dole po lewej jest koleżanka po fachu Oli i Karola, Kaja z Globstory. Kaja jest mega odważną i ciekawą dziewczyną. Przez baaardzo długi czas podróżowała w pojedynkę w najdalsze zakątki świata, od jakiegoś czasu ma kompana do swoich podróży ale i jej podróże wymagają też trochę więcej niż 1 Kai. Organizowała zbiórkę na pomoc w wybudowaniu domu dla pana u którego mieszkała w Kambodży tu film KLIK. Globstory oglądam już dość długo i jakość filmów i jej doświadczenie w tym temacie jest coraz większe a ostatnie filmy z Ekwadoru i dżungli Amazońskiej, to sztos. Warto Kaję znać.

Ostatni w zestawieniu jest kanał Widzę Głosy. To często gęsto powrót do przeszłości. I dość dziwne uczucie, kiedy nagle okazuje się, że postaci z kreskówek mają ludzkie twarze. Albo inaczej, że człowiek połknął Gumisia, Pumbę i Timona, Świnkę Peppę, Mike'a Wazowskiego z Potworów i Spółki lub Ryjka z Muminków. I nagle zaczynasz widzieć głosy. Jest dużo ciekawostek o zawodzie aktora dubbingowego, zabawnych i wzruszających historii (polecam odcinek z Maciejem Stuhrem tu KLIK). To są króciutkie około dziesięciominutowe odcinki. I serio, jak słucha się tych ludzi, to każdy kocha swoją robotę, a to często twardy orzech do zgryzienia, tak mówić swoim a jednak nie swoim głosem przez bite kilka godzin. Polecam!

To jest tylko fragment tego, co dość systematycznie oglądam. Specjalnie też wybrałam tylko polskie kanały. Na prawdę, mamy całkiem mocnych zawodników na naszym YouTubie. Więc spokojnie można sobie odpuścić na jakiś czas Netflixa, HBO lub inne giganty.
Zwłaszcza w kwarantannie, tak dla odmiany.

No i najważniejsze,

#zostańwdomu #stayhome 

Jak zrobić latarnię morską? tutorial + szablon do druku #morskie opowieści


Swoją pierwszą latarnię morską i morze, widziałam dokładnie 22 lata temu. To była moja pierwsza kolonia, na którą jechałam mając 9 lat. To były też pierwsze w życiu trzy tygodnie spędzone bez rodziców, siostry, w ogóle na końcu świata. Z domem dzieliło mnie jakieś ponad 800 km. Znałam tylko 1 dziewczynkę.

Teraz, od małej Madzi Blanka jest dwa lata młodsza. I chociaż nie wyobrażam sobie Jej wysłać kilkaset kilometrów gdzieś, daleko, z obcymi ludźmi (mamo nie wiem jak Ty to zrobiłaś, bez nerwicy i kilku zawałów serca, BEZ TELEFONÓW KOMÓRKOWYCH, były tylko karty telefoniczne załadowane na 25 zł i stacjonarny w recepcji ośrodka kolonijnego) to wiem, że poradziłaby sobie lepiej niż ja w tym czasie. Jestem tego pewna na 100%. Jest też wielce prawdopodobne, że wróciłaby z wyprawy życia z suwenirami godnymi młodej kolonistki (tak jak mała Madzia). Czyli biorąc pierwszy z brzegu must have - lakier do paznokci o wściekłych, fluorescencyjnych kolorach pomarańczy i zielonego (na dyskoteki). Całe kieszonkowe wydałaby na lody i chipsy (bo kto by jadł na stołówkach obiady) i przywiozłaby całą masę kiczowatych pamiątek, które z morzem mają tyle wspólnego co nic.

Nie wiem jak by wyglądały posiłki na stołówce, może tak jak mała Madzia krzyczałaby, że małe kurczaki (w żargonie Blanki - cipcipki), których malutkie, puszyste główki i brzuszki narysowane są na wieczku pasztetu to zbrodnia i NIGDY, PRZENIGDY nikt jej nie zmusi do zjedzenia tego?! Wiem co mówię, sama na to patrzyłam, jeść nie mogłam, traumę przeżyłam, została do teraz (ale dobrym pasztetem nie pogardzę, byleby bez etykiet, haha). Kto wie jakby było.

W przeciwieństwie do mnie, Blanka morze widziała mając 9 miesięcy, a mając półtorej roku, przeprowadziliśmy się tu, do Dublina i o ten przysłowiowy rzut beretem mamy wielką wodę. Plaża, muszelki i inne skarby, kutry w porcie i żaglówki w marinie są dla niej zwykłym, codziennym widokiem (który mnie zachwyca po dziś dzień), latarnie morskie których naliczyłam w okolicach Dublina, a które widujemy co rusz, są 4. Dwie w Howth, Poolbeg na South Bull Island i ostatnia w Dun Laoghaire. W całej Irlandii stoi ich mnóstwo, niektóre można zwiedzać, w niektórych można nawet spać, bo pełnią rolę hotelu. Do jeszcze innych trzeba dotrzeć kutrem.

Jedna z najsłynniejszych latarni w Irlandii, wyjątkowo niedostępna, bo mieszcząca się przy południowym wybrzeżu Irlandii Fastnet Rock, to najbardziej wysunięty na południe punkt Irlandii i zarazem ostatni, który widzieli emigrujący w XIX wieku do Ameryki Irlandczycy. Jest najwyższą latarnią w Irlandii. My widzieliśmy ją z półwyspy Mizen Head tu - KLIK. W październiku 2017 roku, w trakcie słynnego i niszczycielskiego dla wyspy Huraganu Ophelia, w latarni morskiej odnotowano podmuchy wiatru o prędkości 191 km/h. To Irlandzki rekord. 

Wspomniana wcześniej Dublińska latarnia Poolbeg, mieszcząca się na South Bull Island, stoi na kamiennym molo, wpuszczonym w zatokę Dublińską. Tędy przepływają codziennie promy irlandzkiego przewoźnika - Irish Ferries i słynna na całą Europę - Stena Line. Łączą Irlandię z Wielką Brytanią, docierają do portu w Walijskim Holyhead, tu KLIK nasze wspomnienia z podróży i wspomniana czerwona latarnia, widziana z drugiej, morskiej strony. Tędy przepływają też codziennie kontenerowce, a w sezonie letnim cruisery. Dwa lata temu, mieliśmy okazję  właśnie z tego miejsca podziwiać wypływający (po postoju w Dublinie) argentyński żaglowiec Ara Libertad tu KLIK i tu KLIK. Stąd najlepiej oglądać wpływające i wypływające statki, bo ma się je jak na dłoni, chyba bliżej się nie da. A tu KLIK latarnia z bliska. Gdy stoimy przy samej latarni, statek jest oddalony o długość ramienia. No prawie ;) Mimo marnego, a raczej żadnego oznakowania, dojedziemy tu samochodem. Tu dokładna lokalizacja KLIK.

Latarnia morska w Dun Laoghaire, też jest zwieńczeniem pięknego, długiego i kamiennego molo. Tutaj ją widać KLIK. Warto tu pospacerować, zjeść pyszne fish & chips a na sam koniec, przy samiutkiej latarni w małej kawiarence wypić kawę. Stąd również wypływają promy pasażerskie do Wielkiej Brytanii, a także mieści się Royal Irish Yacht Club. Po drugiej stronie mariny, w budynku dawnego kościoła mieści się Narodowe Muzeum Marynistyczne. Mam nadzieję, że w te wakacje uda nam się zobaczyć. Przy pięknej pogodzie z zatoki w Dun Laoghaire wypływają dziesiątki żaglówek, które widać z klifów w Howth.

W Howth, najbliższym memu sercu znajdują się dwie latarnie. Jedna w zatoce Howth Lighthouse a druga Baily Lighthouse, na stromym klifie z drugiej strony półwyspu. Obydwie niestety niedostępne dla turystów. Ta w zatoce jest zamieszkana i nieczynna. Obecnie, sygnał świetlny wysyła stojąca paręnaście metrów dalej wieżyczka. Stąd, możemy wyruszyć na rejs wokół Ireland's Eye, czyli małej wysepki znajdującej się dokładnie na przeciwko latarni. Z tej atrakcji jeszcze nie korzystaliśmy, wszystko przed nami! Baily Lighthouse widzimy z promu, którym płyniemy do Wielkiej Brytanii, ale też z pierwszej wspomnianej dzisiaj latarni Poolbeg. Przy Poolbeg, na horyzoncie po naszej lewej  stronie, widzimy klify półwyspu Howth i białą, mieniącą się w słońcu bryłę latarni. 

Wracając do wspomnień.
Moją pierwszą latarnię morską widziałam w Kołobrzegu. Nie pamiętam ile tam schodów było, ale wszyscy się przepychaliśmy, było ciasno a na tarasie widokowym wiało. Z góry to był całkiem nieznany mi widok a sama latarnia, budowlą z kompletnie innej bajki. To był wyjazd, kiedy pierwszy raz zobaczyłam morze i to, jakie to cudowne uczucie iść, iść, iść aż tu nagle szum, bezkres i koniec mojego świata zaczynający się w tym właśnie morzu. 

Latarnia morska  - krok po kroku

Wracając do wspomnień i mojej najulubieńszej zabawy papierem i nożyczkami, zrobiłyśmy z Blanka swoją własną latarnię. Ze światełkiem, tarasem widokowym a nawet flagą na samym jej szczycie. Jest czerwono biała, ale zrobić ja można w dowolnym kolorze. Poniżej dołączyłam szablon do wydrukowania z potrzebnymi elementami latarni. Te, odrysowujemy na kolorowym brystolu, wycinamy, nacinamy i budujemy swoją własną latarnię. 
Żeby było łatwiej, bazę stanowią 2 papierowe kubki do kawy, na nich umieszczamy całą resztę. Moje miały pojemność 340ml / 12 oz. a pozostałe elementy dopasowałam do ich wymiarów. 

Potrzebne będą:
2 kubki o pojemności 340 ml / 12 oz
czerwony brystol
klej / taśma dwustronna / klej do klejenia na gorąco
nożyk do cięcia papieru i nożyczki
linijka
wykałaczka / patyczek do szaszłyków
świateko na baterie (tealight)

Wykonanie:
Pierwszy kubek ustawiamy dnem do góry ozdabiamy paskami z czerwonego kartonu, lub po prostu malujemy plakatówką. Z drugiego odcinamy dno i skracamy do wysokości mniej więcej 6 cm. Tą część będziemy mocować na dnie pierwszego. W niej wycinamy też okna, przez które nasza latarnia będzie nadawać sygnał świetlny. Okna wycinamy na wysokość około 2,5 cm. 


Na kolorowym papierze odrysowujemy podest tarasu, balustradę, dach i flagę. Trójkąciki przy podeście i balustradzie należy zagiąć.
Podest z trójkącikami stroną do góry łączymy z balustradą. W tym miejscu warto pomęczyć się trochę i zrobić w niej barierki, dają fajny efekt.
Trójkąciki z tarasu zaginamy do dołu i smarujemy klejem lub umieszczamy na nich taśmę dwustronną. Przyklejamy dookoła podestu, tak jak widać na zdjęciu poniżej.
Gotowy taras umieszczamy na kubku, można przykleić, ale trzyma się też bez kleju.
Wyżej tarasu, umieszczamy wcześniej wyciętą część z oknami. W środek wkładamy światełko na baterie (nie prawdziwy ogień!)

Okrąg na dach, zginamy czterokrotnie tak, aby powstało 8 zagięć-trójkątów. Jeden z nich nacinamy i wycinamy połowę czyli 1/16 część daszku. Powstałą ćwiartkę smarujemy od spodu klejem i zakładamy na kolejną, pełną część tak, aby stworzyć stożek. 
Na fladze wypisujemy ulubione lub całkiem wymyślone miejsce i umieszczamy na wykałaczce. W szczycie dachu, robimy dziurkę i wbijamy w nią flagę. Nakładamy na ściankę z oknami. 

Gotowe!







Szablon do druku. Wystarczy zapisać obraz i wydrukować.



Jak zrobić latarnię morską?  + szablon do druku

Rudolph the red nose reindeer ❄ czyli waniliowe ciasteczka reniferowe + przepis


To było nasze pierwsze zadanie z kalendarza adwentowego. Na drodze do jego wykonania stanęło nam niemało przeszkód, jak brak baterii w wadze kuchennej, katastrofa z jajkami lecącymi z lodówki wprost na podłogę a na samym końcu awaria w całym bloku i brak wody na cały dzień. 

Ostatecznie, wcale nie zniechęcone, wylądowałyśmy w kuchni i na raz dwa trzy, Blanka odmierzyła składniki i włożyła ciasto do lodówki. Bo to właśnie taki przepis na jedną chwilkę. Bardzo prosty. Wystarczy pamiętać tylko, żeby przed wałkowaniem, ciasto było porządnie schłodzone. W innym razie, na blasze krążki nie będą trzymały kształtu i będą się rozpływać (masełko).

Po upieczeniu studzimy ciasteczka. Czekoladę rozpuszczamy w kąpieli wodnej i zaczynamy ozdabiać. My miałyśmy wykałaczki, a nie żadne tutki do dekoracji. Zdały egzamin doskonale. Myślę, że w małych dziecięcych rączkach, to lepsza opcja. Na pewno bardziej poręczna. Noski, to Skittles. W oryginalnym przepisie przyklejane za pomocą lukru białkowego. My (leniwie) kleiłyśmy na czekoladę. Spisała się super. Więc żeby sobie nie dokładać pracy, poroże, noski i oczka robimy tylko czekoladą. Czyli za jednym zamachem. 

Wieczorem, mieszkanie pachniało maślanymi ciasteczkami i czekoladą. Kto chciałby takie aromaty u siebie?
Przepis (poniżej) pochodzi ze strony mojewypieki.com. Z małą modyfikacją (lukier). 
Zapraszam!

Aaaaa i piosenka okazjonalna! Tu KLIK




Julestjerne, czyli świąteczna gwiazda w duńskim wydaniu + zdjęcia i film z tutorialem

Gwiazda. Nic dziwnego, że to ona od zawsze króluje na naszych choinkach i domowych świątecznych ozdobach. To właśnie ona, jest jedynym symbolem bezpośrednio nawiązującym do narodzin Jezusa. Ma przypominać Gwiazdę Betlejemską, która prowadziła pasterzy i trzech króli do nowo narodzonego. 

"ujrzeli na wschodzie, wskazywała im drogę, a doszedłszy do miejsca, gdzie było dziecię, zatrzymała się" 
(Ew. wg św. Mateusza).

Od listopada świąteczne ozdoby zalewają sklepy, czekoladowe mikołaje, mrugające lampki  i plastikowe bombki znajdziemy już wszędzie. I choć łatwo kupić, warto pobawić się trochę w domu i zrobić sobie swoje własne, domowej roboty ozdoby choinkowe. W tym roku, nasza choinka będzie przystrojona tylko w takie ozdoby. A jej główną dekoracją będą popularne w Danii JULESTJERNE, czyli dosłownie - bożonarodzeniowe gwiazdy. Są zrobione z 4 pasków papieru, złożonych w taki sposób, że tworzą trójwymiarową gwiazdę, identyczną z jednej jak i drugiej strony. System składania nie jest wcale taki trudny, na jaki wygląda. Sama przejrzałam kilka filmów na YouTube, skandynawskich blogów, na których krok po kroku wyjaśniają jak składać papier. Poszło sprawnie, bo temat wcale nie jest taki ciężki. Gwiazdki są urocze i jak najbardziej mogą nam zastąpić tradycyjne bombki. 


Do ich wykonania potrzebujemy duży arkusz papieru, najlepiej format A3. Moje paski miały długość 45 cm a szerokie były na 1,5 cm. Po złożeniu wychodzi nam gwiazdka o średnicy ok 7 centymetrów, czyli maluszek. Jeśli chcemy, żeby była większa, odpowiednio wydłużamy i poszerzamy paski. Chodzi o to, żeby same paski nie były za krótkie. Nie jesteśmy wtedy w stanie ich przepychać, a co za tym idzie w ogóle złożyć gwiazdy. Ważny jest też rodzaj papieru z którego będziemy ją wykonywać. Grubszy karton lub bristol się nie sprawdzi, najłatwiej przepycha się lekko woskowany, coś w stylu pergaminu do pieczenia. W papierniczym można też spytać o specjalne paski do składania papierowych gwiazd, ja własnie takie miałam. Każde zgięcie, warto porządnie zaprasować a najlepiej wygładzić paznokciem. Im bardziej zaprasowane zagięcia, tym ładniejsza gwiazdka.

Wycięte paski składamy na pół. Wolne brzegi ścinamy po skosie, wtedy łatwiej będzie nam przepychać między sobą paski. 


Wszystkie cztery układamy w kwadrat tak jak na zdjęciu poniżej. 1 górny pasek skosem do góry, później zgodnie z ruchem wskazówek zegara. 
1 wkładamy prostopadle w drugi, na drugi zakładamy trzeci ścięciem do dołu. A czwarty nakładamy prostopadle na trzeci ścięciem w lewo, tym samym wkładając końcówkę w środek pierwszego. 



W tym momencie zaczynamy kształtować ramiona gwiazdy.


Teraz obracamy o 90 stopni w lewo i powtarzamy powyższe cztery punkty jeszcze 3 razy, aż uzyskamy obrazek jak poniżej.


Teraz obracamy na drugą stronę (pleckami do góry) ma wyglądać jak poniżej


Teraz rozpoczynając od górnego paska, składamy dokładnie w taki sam sposób jak przed chwilą pozostałe cztery tak, aby tworzyły, powiedzmy literę M z każdego rogu.


W kolejnym kroku, "rozplatamy" paski. Zaczynamy od lewego dolnego, zgodnie z ruchem wskazówek zegara, tak jak poniżej.


i otrzymujemy


następnie kształtujemy wypukłość gwiazdki (ta środkowa część)


obracamy o 90 stopni w lewo i powtarzamy to samo, z kolejnym paskiem i kolejnym i kolejnym.


aż powstanie gotowa, jedna strona gwiazdki - o taka:


gwiazdkę obracamy pleckami do góry


i tak jak na pierwszej stronie, "rozplatamy" paski. Zaczynamy od lewego dolnego, zgodnie z ruchem wskazówek zegara, tak jak poniżej.


i otrzymujemy


następnie kształtujemy wypukłość gwiazdki


teraz już tylko zostaje przyciąć wystające paski



i nasza gwiazdka gotowa!


jak klikniecie w zdjęcie powyżej, wylądujecie na YouTube gdzie można zobaczyć to samo, ale w wersji video.
Nie zostaje mi nic innego, jak namówić Was do wspólnego gwiazdorzenia ;)

☆ Kalendarz Adwentowy 2017 ☆ Świąteczne, papierowe miasteczko DIY

Za kilka dni, cytując śpiewającego Andy Williamsa (tu - KLIK piosenka) - the most wonderful time of the year!
Ku mojemu wielkiemu zdziwieniu niektórzy Irlandczycy już od dobrych dwóch - trzech tygodni mają ubrane choinki. Z zapalonymi lampkami. Nawet w naszym apartamentowcu. Kiedyś dziwiło mnie ubieranie choinki na początku grudnia. Teraz nie zdziwi mnie już nic. Na wyspie marny świąteczny klimat trzeba sobie organizować samemu, bo pogoda i klimat nie pomogą. 

Grudzień zawsze w gonitwie, bo to trzeba kupić a tamto przygotować i nagle okazuje się że do Wigilii dwa dni. A każdy jeden dzień warto wykorzystać na przygotowania w tylu slow. Bo nie wszystko trzeba robić na ostatnią chwilę, jak na przykład  pyszną, smażoną rybkę ( po tą wybierzemy się przed Wigilią do rybaków w Howth).


Ooo! i już jest plan na jeden dzień - Wycieczka do portu! Te nasze plany na drobne, większe i te całkiem wypasione przygotowania, zamykamy w małym, zimowym miasteczku. A później, poczynając od 1 grudnia wyszukujemy odpowiedniego domku i odkrywamy kolejny i kolejny pomysł na grudniowy, coraz bardziej świąteczny dzień. I co z tego, że śnieg nie pada za oknem? Ulepmy bałwana z waty i przyklejmy na karton papieru - gwarantuje, że ten to postoi i do końca zimy! Albo upieczmy pierniki - koniecznie w hurtowej ilości! - dwa dla mnie, dwa dla Mikołaja, dwa dla tatusia... czy aby na pewno tylko dwa? A jak już o Mikołaju mowa, to czy list pisany w październiku się liczy? Może napiszemy jeszcze jeden list do Mikołaja? A mama może też napisze swój? I pamiętajcie! obok listu zostawiamy marchew dla Rudolfa - bez niego Mikołaj by sobie nie poradził! A może zrobimy najdłuższy łańcuch świata? Z klasycznych pasków papieru czy z popcornu? To może od razu zróbmy dwie miski popcornu, bo zimowe, długie wieczory najlepiej spędza się w domu pod kocykiem z jednym z mnóstwa świątecznych filmów. To co? Kevin zostaje w domu czy leci do Nowego Jorku? 

Nie można zapomnieć o naszych polskich tradycyjnych kolędach (my z Blanką śpiewamy od kilku dni... a ja się dziwnie Irlandczykom ubierania choinek w listopadzie :D) Śpiewajmy dużo, przypomnijmy sobie te, które już znamy i  nauczmy się nowych. Damy radę zapamiętać 7 zwrotek "Dzisiaj w Betlejem"? Komu się uda?
A o tym, co wydarzyło się w Betlejem warto poczytać któregoś wieczoru. Czy to będzie fragment Biblii o narodzinach Jezusa czy jedno z bajkowych opowiadań o betlejemskiej stajence - nieważne. Czytajmy i rozmawiajmy.

Te i całe mnóstwo adwentowych pomysłów na wspólne spędzanie czasu, wypisujemy na karteczkach i wkładamy do naszych domków. I tak, do Bożego Narodzenia, wieczory i weekendy upłyną nam na samych przyjemnościach. 
To co, bawicie się z nami? Bo sprawa jest prosta, poszukajcie razem tylko trochę czasu. Chyba o to w tym wszystkim chodzi, co nie? Razem.

A nuż 22 grudnia to właśnie Twoje dziecko będzie miało zrobić 176 pierogów, a ty będziesz mogła oglądać po raz setny Love Actually i razem z panem premierem odtańczysz taniec zwycięzcy?  #lifehack